wtorek, 17 stycznia 2017

Kot, miś i spór o aromaty


Jak Durtan kręci z Ostajewskim, to musi być grubo. Efekt tej współpracy to Cracker - Imperial Stout z bajerami w postaci kawy honduraskiej (przygotowanej przez toruńską palarnię Fonte) oraz laktozy. Piwo podzielono na pół i jedną część wzbogacono o kontrowersyjny w środowisku dodatek - kompozycję aromatów naturalnych. Mają sprawić, że wariant drugi, NutCracker, będzie wzbogacony o akcenty orzechowe. 

Czy zapoczątkuje to boom na dodawanie aromatów w polskim krafcie? Czy jest to moralne? Swoje trzy grosze w tej kwestii zostawiam na koniec, a tymczasem przemaglujmy nowości od Deer Bear i whisker.beer.

Na temat etykiet nie ma się za bardzo sensu rozwodzić, bo wiele razy wspominałem, że mam słabość do prac Łukasza Krzywdzińskiego. Świetna, charakterystyczna stylówa, pełny skład, dodatkowe informacje. Poza tym bardzo dobry papier, taki z tych matowych. Buteleczki 330 ml. Brakuje tylko firmowych kapsli, a poza tym można brać przykład. 


Cracker
Imperial Coffee Milk Stout
Ekstrakt: 25,0% wag.
Alkohol: 10,0% obj.
Składniki: woda; słody jęczmienne (pilzneński, monachijski, wędzony, czekoladowy jasny, karmelowy, plalony); słód pszeniczny; chmiele (Magnum, Sybilla); drożdże Safale US-05; dodatki (kawa, laktoza, cukier)
Najlepiej spożyć przed: 3.01.2019
pasteryzowane, niefiltrowane 


Nie wygląda to może smoliście, ale piwko jest zadowalająco ciemne i nieprzejrzyste. Piana przyjemnie brązowa w barwie, choć mniej przyjemnie sycząca. Dosyć szybko opada do niemal gołej tafli. 

Kawy z pewnością nie pożałowano, bo zdecydowanie zdominowała aromat. Trochę jak świeżo otwarta paczka ziaren - świetna sprawa, tego dodatku mi nigdy za dużo. Całość ma ten charakterystyczny słodki sznyt od laktozy, więc pod tym względem też jest dobrze. Choć całość jest wyrazista, to stosunkowo mało tu z samego RISa. Może trochę kakao, ale takiego wtopionego w te dodatki. Koniec końców jednak przyjemnie. 

W odczuciu fajna gładkość i mało bąbelków, choć brak oczekiwanej gęstości. Cracker nie jest oczywiście wodnisty, ale do grubego jednak trochę brakuje. W smaku początkowo fajna, dobra jakościowo kawa z mleczkiem i cukrem, nieco ciemnej czekolady. Po paru łykach jednak słodycz robi się trochę upierdliwa i tłumi resztę bukietu. Po prostu nieco tu za słodko, jednowymiarowo, ale jest to jeszcze poziom, który spokojnie znajdzie fanów. Goryczka, jak na styl, raczej skromna i przydałoby się tu to małe espresso. Finisz średnio długi, nadal słodkawy, ale jest też fajny efekt rozgryzanego ziarna kawy, który utrzymuje się na podniebieniu najdzielniej i nieźle balansuje całość. Alkohol solidnie ułożony, nie można narzekać. 

Niezłe, choć dosyć skrajne piwo. Część moich zarzutów dla innych okaże się głównym wabikiem, dlatego warto dać mu szansę. Brakuje mi tu samego RISa, ale w tym Fonte też odwalono dobrą robotę i kawa ładnie zrobiła to piwo.

Ocena: 6/10


NutCracker
Imperial Nut Coffee Milk Mayhem
Ekstrakt: 25,0% wag.
Alkohol: 10,0% obj.
Składniki: woda; słody jęczmienne (pilzneński, monachijski, wędzony, czekoladowy jasny, karmelowy, palony); słód pszeniczny; chmiele (Magnum, Sybilla); drożdże Safale US-05; dodatki (kawa, laktoza, cukier, aromaty naturalne)
Najlepiej spożyć przed: 3.01.2019
pasteryzowane, niefiltrowane 


NutCracker wygląda praktycznie tak samo jak poprzednik, więc odsyłam Was wyżej. 

Pachnie natomiast fest orzechami, ale tak FEST. Podejrzewam, że jest to efekt niemożliwy do osiągnięcia dzięki prawdziwym orzechom. Bardziej orzechowe niż orzechy. Jakie? Słabo się znam, ale powiedzmy, że laskowe, ziemne i włoskie. Orzechy po prostu. Sporo słodyczy, co w połączeniu daje jakiś dobry wypiek nafaszerowany tym dodatkiem. Mam też skojarzenia z otwartą paczką M&M's. Kawa z kolei jest już dosyć wycofana i pod tym względem nie ma efektu łał - nie wpadłbym, że ją tu dodano. 

Przy pierwszym łyku zaskoczenie, bo z jakiegoś powodu NutCracker wydaje się być odpowiednio cięższy od poprzednika, co jest jak najbardziej zaletą. Aksamitność i nagazowanie porównywalne - na plus. Największą przewagą jest jednak stonowana słodycz, która mi osobiście już w ogóle nie przeszkadza. Orzechy i ogólna ziemistość skutecznie zagłuszają cukier. Kawa nieco dalej, taka mniej mleczna. Nawet goryczka jest bardziej odczuwalna, charakterna, RISowo-kawowa... Finisz jakby mocniejszy i dłuższy, przyjemnie ziemisty i znowu z tym ziarnem kawy. Alkohol oczywiście porządnie ukryty. 

Jak dla mnie ten wariant spokojnie wygrywa, choć ma swoich przeciwników. Fajne orzechy, gładkość, solidne ciało, odpowiedni balans... Nie czuję tu jakiejś sztucznoty, jeśli martwiliście się o to. Dobry i oryginalny Imperial Stout.

Ocena: 7,5/10


Aromaty naturalne - tak czy nie?

Hehe. Trochę tak, trochę nie. W tym przypadku wyszło to piwu na dobre, przy czym orzechy uważam za dosyć niewdzięczny dodatek. Przykładowo, w takim kingpinowskim Digglerze zostały dodane po bożemu i w gotowym piwie wychodziły raczej słabo. Bednary z Piwoteką też raczej nie bez powodu zdecydowali się swego czasu na dodatek aromatu naturalnego. 

Jeśli jednak chodzi o wszelkiego rodzaju truskawki, mango, skórki cytrusów, drewniane wióry, kawę, herbatę i inne - zazwyczaj udaje się uzyskać z tego zadowalające efekty. Skoro więc MOŻNA, to stosowanie zamienników w postaci aromatów byłoby po prostu pójściem na łatwiznę. Raczej nie kupiłbym piwa z aromatem pomarańczy i Was też namawiam, aby nie przyzwyczajać rzemieślników do takich praktyk. Mam nadzieję, że będzie to dla nich wyborem ostatecznym, stosowanym tylko wtedy, gdy z prawilnych dodatków nie będzie możliwości wyciągnąć odpowiednich efektów.

Jak już jednak wspominałem, piwo ewidentnie orzechowe to raczej ewenement i jeśli chcecie tego doznać, to taki NutCracker jest obecnie najlepszym wyborem

Ode mnie krótko, ale odsyłam Was do tekstu Sidda z Chmielokracji, który zdrowo podszedł do sprawy i wyjaśnił to i owo.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza