piątek, 8 września 2017

Desperados vs Kustosz o smaku tequili


¡Hola, Mundo! ¡Hola, Amigos!

Z okazji piątku zabieram Was wszystkich do słonecznego, pachnącego nachos i narcoticos, rozśpiewanego Meksyku. W tej mentalnej podróży pomogą nam dwa piwka - będący żywą legendą Desperados oraz całkiem jeszcze świeża podróbka w postaci Kustosza o smaku tequili


Po co to robię? Ano pozytywnie swego czasu zaskoczył mnie Kustosz weizenowy i chciałbym się przekonać czy tańszy zamiennik Desperadosa rzeczywiście jest w stanie równać się z tym, nie tak znowu tanim, klasykiem. Jeśli te piwa będą porównywalne, to naprawdę należą się gratulacje dla autorów biedronkowego Kustosza - w tym akurat przypadku Browarów Łódzkich.

Zapnijcie pasy i złapcie panny za kolanka, bo ruszamy.


Desperados

Piwko jest złote, soczyste i klarowne. Pianka biała, skromna i wybitnie nietrwała - po chwili nic z niej nie zostaje.

Pachnie to to na swój sposób przyjemnie. Owocowo jakby, desperadosowo, pewnie próbowaliście legendy niejednokrotnie. Trochę cytrusowo, trochę tekilowo, słodkawo. Po zamieszaniu zaleciało mi taką nieświeżą szmatą, która jednak potrafi się ukryć. 

Fajny balans między piwerkiem a tequilą. Desperados jest dosyć pełny, dosyć słodki, ma jakąś tam podstawę słodową, która rzeczywiście smakuje piwnie. Do tego ciało - nie ma odczucia wodnistości. Jest tu coś z tej tequili - w jaki sposób to osiągnięto to już inna kwestia, ale w gruncie rzeczy produkt spełnia te niewielkie oczekiwania. Trochę lemoniady, trochę sztucznej cytryny, delikatna goryczka. Lagerowo-gorzkawy finisz ze skromną nutą ścierki.

Wiecie, jaki jest Desperados. Pytanie raczej brzmi komu jak to smakuje. Mimo braku wrażeń i niezbyt zachęcającego składu, piję to bez bólu. Imperial radler to moim zdaniem całkiem nieźle obrazujące ten trunek określenie. Jak nikt nie patrzy, to po Desperadoska można sięgnąć. No w każdym razie wolę to niż choćby Tyskie.

Ocena: 5/10


Kustosz o smaku tequili 

Otwarcie mi się popsuło przy próbie uwolnienia zawartości puszki. Pomogłem se nożem, ale nie wiem czy np. w tracie prawdziwej wycieczki po Meksyku bym sobie w tym poradził. Shame on you!

Wygląd. Może się mylę, ale piwko wydaje się minimalnie zamglone. Jasne, złociste, widać pracę bąbelków. Piana żenująca, głośna i zdychająca natychmiast po przelaniu. Zero godności.

Kustosz pachnie takim prostym cytrusowym radlerkiem, tudzież oranżadą cytrynową. Średnio intensywnie, słodko, trochę sztucznie. Można się na tyłach doszukać takiej prostej słodowo-piwnej podstawy, choć jest to już trudniejsze do rozłożenia na czynniki pierwsze. W sumie to tyle. Dzikości nie wyłapałem. 

Szczerze, to nie wpadłbym, że ma to 6 woltów. Jest to piwo lekkie w odbiorze, ponownie pod tym względem podobne do radlera. Sporo lżejsze od konkurenta. Smakuje tak jak zapowiadałby skład, czyli nie najwyższych lotów eurolagerem zmieszanym z napojem cytrynowym, przy czym w proporcji 50% na 50%, a nie jak zapowiadane 96% na 4%. Nie wiem czy to ten aromat zrobił tu taką robotę, ale smakuje po prostu jak lemoniada z piwskiem. Słodkie, minimalnie kwaskowe, mocno nagazowane, cytrynkowe. Goryczki brak. Finisz pozostawia taki słodkawy nalot na podniebieniu, co budzi skojarzenia ze sztucznymi napojami. 

Ciekawe zjawisko - po trzech łykach zaczęła boleć mnie głowa, ale załóżmy, że to zbieg okoliczności. Da się to wypić bez większej przyjemności, choć jest to bez wątpienia produkt, wiecie, chamski i bez serca. Chyba też odbiega od tego, co obiecuje ta nazwa. Kobieta porównała go do Coolera, co to Pazura kiedyś reklamował, więc może będzie to dla Was jakieś odniesienia. 

Ocena: 3,5/10


Niestety, Desperados ciągle rządzi na wsi i nie warto w tym przypadku oszczędzać, ale tego Kustosza Pszenicznego serio jeszcze raz polecam.


Częstujcie się. Nie są to co prawda naczosy, ale pierwszą domową pizzą mogę się pochwalić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz