sobota, 27 lutego 2016

[Kraftwerk/Wąsosz] THIS IS KRAFT, BITCH! - Recenzja piwa

Uwarzone w: Browary Regionalne Wąsosz 
Styl: Schwarzbier 
Ekstrakt: 13,0% wag. 
Alkohol: 5,2% obj. 
Skład: woda, słody jęczmienne, pszeniczne oraz wędzone torfem, chmiel (Columbus, Chinook), drożdże 
Data ważności: 14.04.2016 
pasteryzowane, niefiltrowane


Po nieszczęsnym Double Trouble częściowo odpowiedzialny za nie Kraftwerk ma szansę zrehabilitować się w kolejnym kooperacyjnym piwie, tym razem z Wąsoszem. Omawiany trunek premierę miał już jakiś czas temu, więc tu i ówdzie zdążyłem przeczytać, że tym razem mogę być dobrej myśli, choć można założyć, że jest to już kolejna warka. Cóż, starałem się, ale po prostu nie udało mi się kupić pierwszej, więc pozostaje sprawdzić, czy piwo nadal trzyma poziom. 

Butelka jest raczej z tych toporniejszych, a nie smukłych kraftwerkowych. Krój etykiety o dziwo też bardziej wąsaty, bez tego specyficznego kształtu, więc Ślązacy raczej nie musieli się za wiele martwić opakowaniem. Papier śliski, z tych lepsiejszych. O ecie było swego czasu głośno, bo przedstawia sylwetki piwowarów odpowiedzialnych za ten napitek, co jest bardzo świeżym pomysłem na rodzimym rynku, a przecież nie jest obecnie zbyt łatwo się wyróżnić w tek kwestii. Do tego gra kolorów a'la Warhol i całkiem fajnie się to prezentuje. Po bokach opis piwa, skład, podstawowe informacje i dane kontaktowe. Mogli się bardziej postarać z morskimi opowieściami, skoro już zaszaleli z grafiką, no ale to już takie czepianie się dla zasady. Kapsel czarny golas. Ściągamy.

Piwko w szkle wydaje się praktycznie czarne i niechętne do przepuszczania jakichkolwiek refleksów. Piana średniej wielkości, w kolorze ciemnego beżu. Szybko pojawiają w niej średnie i grubsze oczka, a całość trochę strzela, więc siłą rzeczy nie będzie nam towarzyszyć zbyt długo. Pozostaje po niej solidna obrączka, która nawet stara się koronkować, także na czymś da się tu zawiesić oczko.

Zapachy wpychają się do nosa ze średnim zapałem, jednak to, co ze sobą niosą, nie może się nie podobać. Przynajmniej mi, miłośnikowi wędzonki. Co prawda nie jest tak, że dym jakoś tutaj bucha i przykrywa resztę, ale rozumiem, że nie taki był zamiar. No więc oprócz subtelnej torfowej wędzonki (asfalt, ale i takie klasyczne ognisko po prostu) wyraźnie wychodzi tu czarna kawa, paloność, popiołowość oraz nutka kakao dla dorosłych. W miarę ogrzewania odzywa się też leśność i egzotyka od chmielu. Chce się wąchać, choć brakuje mi trochę tych płatków po koniaku.

Ciało w porywach średnie, nagazowanie dosyć niskie. Postawiono na pijalność. Piwo przyjemnie ugładzone, choć wyraziste w smaku. Idzie w stronę wytrawnego, co przyjemnie mnie zaskakuje. Jest tu fajna kwaskowość, która nadaje całości bardziej orzeźwiający charakter, a wtórują jej kolejno kawa, gorzka czekolada i akcenty palone. Da się to wszystko wyłapać, choć przesadziłbym pisząc, że piwo jest pełne. Goryczka raczej skromna, ale hola, hola... Tu się odzywa nowofalowy chmiel i nadaje jej taki żywiczno-skórkowy charakter. Miła niespodzianka, choć skład przecież czytałem. Przechodzi w długi i intensywny finisz, gdzie gorzka czekolada i przede wszystkim paloność rozkwitają, a tuż za nimi odzywa się jeszcze jakiś cytrus. Tutaj też pojawia się muśnięcie tej torfowej wędzonki, której moim zdaniem mogłoby być więcej, jednak jest dobrze i w obecnej postaci. Wybitnie wchodzi.

Bardzo fajne i całkiem nietuzinkowe piwo. Dla stylu jest tym, czym dla jasnego Lagera te wszystkie nachmielone po nowofalowemu cuda rzemieślników. Przy czym This is Kraft, Bitch! konkurencji właściwie nie ma. Szacun za pomysł i wykonanie.

Ocena: 8/10

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza